niedziela, 19 stycznia 2014

ROZDZIAŁ 08 „PoznajMY się."

Widząc z góry ciemną czuprynę Harry'ego, mój żołądek zrobił koziołka.  „On naprawdę tu jest." Czy to dziwne, że chce mi się płakać? Nie z negatywnych emocji, wręcz przeciwnie - pozytywnych. Ściągnęłam szybko T-shirt, z szafki wyciągałam stanik i bluzę zakładaną przez głowę. Przebrałam się. Zbiegając ze schodów, wystukałam na telefonie wiadomość, że już do niego schodzę. Co było zupełnie zbędne, bo kilka sekund później otworzyłam drzwi.
-Co Ty tutaj robisz? - Spytałam bez zastanowienia.
-Och, mnie też miło Cię widzieć, Hope.- Odparł z lekkim oburzeniem.
-Cieszę się, że Cię widzę. - Powiedziałam szczerze z łagodnych tonem. Gestem ręki zaprosiłam go do środka mieszkania. Chłopak uśmiechając się pod nosem, przekroczył próg domu.
-Od razu lepiej. Wpadłem, bo muszę Cię o czymś powiadomić.- „Powiadomić... dalej, niech mój świat się zawali. DALEJ, niech powie to. Szybko, błagam!" Krzyczały moje myśli.
-A więc.. słucham.
-Masz jakieś plany na jutrzejszą niedziele?
„Hmm, to inny obrót spawy."
-Jutro w niedziele? Nie, na ten tydzień nic nie planowałam... - „Tak jak na każdy inny." Podpowiedziała moja podświadomość.
-To super! Pozwolisz, że Cię gdzieś zabiorę? - Spojrzał na mnie wyczekująco.
-Mam karę. - Odpowiedziałam smutnie, co było zupełnie udawane. Pozwolisz. POZWOLĘ! Cię. MNIE! Gdzieś. GDZIEKOLWIEK! Zabiorę. ZABIERZ!
-Och..- Odparł beznamiętnie.
-Lecz... - Zaczęłam, na co Harry momentalnie spojrzał na mnie. Lubię to spojrzenie. Mająca w sobie blask, którym może przemawiać teraz szczypta nadziei. Harry mający Nadzieje w oku. Brzmi... dobrze. - Kara nie obowiązuje wychodzenia z domu. Jeśli chcesz... możesz mnie zabrać.. a tak właściwie to gdzie chcesz mnie zabrać? - Spytałam. „Proszęęęę. Powiedź, że to nie był żart." Błagałam w myślach. „Proszę, proszę, proszęęęęęę!"
-To niespodzianka. - „TO NIESPODZIANKA!" Jeden z najprzystojniejszych, najzabawniejszych, najmilszych, naj.... och, błagam. Jeden z najlepszych mężczyzn na tej planecie chce zrobić dla mnie niespodziankę. „Może on jest taki dla wszystkich jego znajomych?" Zapytały podstępnie głos w mojej głowie. Nie chcąc psuć sobie nastroju, zepchnęłam tą myśl, gdzieś na tylny tor mojego umysłu, ale też trochę przystopowałam z myślami. Tak w razie wypadku, gdyby ta niespodzianka nie wyszła... pocierpię trochę mniej. W razie gdybym miała się rozczarować.
-Dobrze, więc... um, o której? - Odpowiedziałam radośnie. Nie tak radośnie jakby kazał mi mózg, bo normalnie bym wzięła wszystko co jest pozytywne na tej ziemi i wskoczyła na niego i spytała, czy to przypadkiem nie za dużo, aby prosić o coś wspaniałego jutro. 
-Około jedenastej?
-Um... no nie wiem, mam w poniedziałek zajęcia i  nie chciałabym ich upu....
-Jedenasta, rano.- Dodał uśmiechając się od ucha to ucha, które kryły się gdzieś pod tą czupryną loków.
-R-rano?
-Tak, zaplanowałem dłuuuugi dzień. O śniadanie nie musisz się martwić, zjemy je w drodze. - „To nie jest prawdziwe życie.... nie może być..." Myślałam. On. Zaplanował. Dzień. Ze. Mną. ZE MNĄ, a nie jak worek pod nogami, którym zawsze byłam.
-Dobrze. Chcesz wejść?- Spytałam wskazując salon, chłopak przytaknął i zaczął ściągać buty. „O matko.."



 W myślach składałem sobie ukłony i owacje na stojąco. Pan Harry Jestem Zajebisty Styles w akcji. Jutro zapowiada się wspaniały dzień! Dzień z Hope... ah, zachowuje się jak nastolatek, który pierwszy raz idzie gdzieś z dziewczyną.
-Jesteś głodny? - Spytała Hope, tym samym wypędzając mnie ze świata moich myśli.
-Co?
-Pytałam, czy chcesz coś zjeść. Mogę zamówić pizze albo coś szybkiego ugotować. - Powiedziała i skierowała się w głąb mieszkania. Przychodząc, jak mniemam przez salon, Hope skręciła w lewo, ja szedłem zaraz za nią. Po chwili znaleźliśmy się w jadali, tylko aby przejść przez szklane drzwi wprost do kuchni. Dziewczyna otworzyła lodówkę, wyjęła z niej kilka warzyw i położyła je na blacie kuchennym albo na stole, zależy jak kto patrzy i jak się woli. Zamknęła ją lekkim kopnięciem, przechodząc parę kroków dalej, otworzyła górą szafkę i wyjęła z niej małe, prostokątne pudełko. Ryż?
-Risotto, może być? - Spytała. Kiedy miałem już przytaknąć, ona kontynuowała. - Nie masz zbytniego wyboru, bo w lodówce nie nic innego, więc lepiej nie odpowiadaj.
Nieświadomie uśmiechnąłem się. Dziewczyna otworzyła szufladę spod blatu. Długi, zwykły, drewniany blat na małej wysepce, która stała na środku kuchni. Prościej można byłoby nazwać to stołem na środku kuchni... hm, komplikuje sobie życie. Wracając. Wyciąga z niej 2 noże i jedną dużą deskę do krojenia. Spojrzała na mnie.
-Pomogę Ci. - Powiedziałem i za moment znalazłem się koło Hope.
-Dobrze. Obierz warzywa, a ja wstawię ryż.- Znajdując się przy kranie, nalała wody do garnka i wykonywała kolejne czynności, jakie musiały być spełnione, podczas gotowania ryżu.  Natomiast ja, zacząłem kroić drugie warzywo. Paprykę. Zdążyłem przedtem obrać i pokroić 3 pieczarki.
-Masz coś przeciwko, żebym puściła muzykę?
-Nie. Oczywiście, że nie. - Odpowiedziałem, na co dziewczyna odpowiedziała mi lekkim uśmiechem i ruchem ręki włączyła mały telewizor w lewym, górnym rogu pomieszczenia. Usłyszałem pierwsze słowa piosenki.

„It's a big bad world,
But I ain't ashamed
I like the lights in my hand
And the beat in my face

B-B-B-beat in my face...."

-Ruchliwe. Czyja piosenka? - Spytałem. Hope, chyba zdziwiona, uniosła brew do góry.
-Selena Gomez.
-Co Ty gadasz?! - SELENA GOMEZ? Ta sama Selena? Wow.
-Cóż, jak widzisz....- Pilotem w rękę pokazała na ekran telewizora.- To nowa piosenka, z nowej płyty. - Dodała.
-Podoba mi się. - Powiedziałem i uśmiechnąłem się do niej, co z moją uciechą odwzajemniła. Za chwilę stanęła koło mnie, trzymając w dłoni drugi nóż, który wcześniej wyjęła. Chwyciła cebule, stanęła bliżej mnie, aby móc dosięgać do zaskakująco długiej, zbyt długiej jak na zwykłe normy, desce. Patrzyłem ukradkiem jak sprawie obiera ją i kroi w małą kosteczkę.  Ma wprawę.
-Często to robisz? - Spytałem bez dłuższego zastanowienia. Spojrzała na mnie. Mogłem zobaczyć błąkające się krople łez w jej oczach. Tak, cebule. Ugh, też tego nienawidzę.
-Sorry. - Wymamrotała i rękawem bluzy, wytarła je. Wyruszyła ramionami. - Mam wrażliwe oczy. Tak, często kroje cebule, warzywa.. owoce no i na ogół co potrzebne.
- Lubisz gotować? -Zapytałem i znowu zerknąłem w stronę dziewczyny. Jej oczy dosłownie się świeciły szczęściem. Miała dość duże źrenice . Może to wywołane tych światłem w kuchni?   Widząc, że patrze na nią, uśmiechnęła się. Chyba trafiłem na jej ciepły temat. Oddałem uśmiech.
-Bardzo. - Powiedziała dość nieśmiało.



 „Mogłabym się przyzwyczaić do wspólnego gotowania."  Pomyślałam, opadając z uśmiechem na moje łóżko. Jutro, a właściwie to dziś - jest pierwsza w nocy, dla jasności - jedziemy na..... jak to nazwać? Jedziemy na niespodziankę dla mnie? Och, byłabym samolubna, mówiąc, że chce tą niespodziankę jak niczego innego co istnieje na tej planecie? Cóż, jestem jedną z tych osób,  które się od razu cieszą. Nie z tych, który stwierdzają „nie mogę tego przyjąć" a tak naprawdę chcą. Czasem szybka uciecha nie jest przydatna. Czasem można zostać zawiedzionym, rozczarowanym i boli wtedy o wiele więcej. Ah, nie ważne. Jedenasta, jedenasta, jedenastaaaaaaa! JEDENASTA! Nie mogę się doczekać. Och, myślę zbyt dużo o przyszłości. Popatrzymy w niedawną przeszłość.


-Jesteś zbyt sztywna, wyluzuj.  - Powiedział Harry, unosząc dłonie i na ugiętych kolanach lekko zderzył swoje biodra z moim lewym. Zachichotałam. 
-Kto tu jest musi wyluzować, Styles?- Spytałam, rzucając w jego kierunku morką szmatką, którą trzymałam akurat w dłoni. Wyciągnął dłoń, chyba chciał ją złapać. Bez skutków, bo i tak uderzyła ona w jego twarz.

Och... to było zabawne. Ale nie tam samo jak Harry aka Miley Cyrus.

-Myślisz, że byłbym dobrym dublerem Miley? - Spytał mieszając na patelni naszą kolacje, natomiast ja siedziałam na blacie kuchennym.
-Sama nie wiem, ale jest jedna decydująca różnica. Jesteś mężczyzną, a Miley... kobietą. 
-Ale popatrz, potrafię robić to co ona. - Powiedział uśmiechając się od ucha to ucha i zaczął kręcić tyłkiem delikatne ósemki. Wybuchnęłam śmiechem.
-Nie rób. - Śmiech. - Tego. - Śmiech. -Nigdy. - Śmiech.- Więcej. 
-Jeszcze się przekonamy. - Stwierdził i posłał mi poważną minę z spojrzeniem „to było jeszcze nic."

Uśmiechnęłam się. Tak to było przekomiczne. Uśmiechnęłam się jeszcze szczerzej, gdy przypomniałam sobie kolejne miłe wydarzenie.

-Ładnie wyglądałaś dziś wieczorem. Twoja sukienka była piękna. - Powiedział, idąc w kierunku salonu.
-Dziękuje. - Szepnęłam zakłopotana idąc tuż za nim. Chłopak rzucił spojrzenie przez swoje ramię i mogłam zobaczyć jego uśmiech i jeden dołeczek formujący się w jego policzku.
To wspomnienie przypomniało mi kolejne. Nie mogąc powstrzymać się zachichotałam i znowu uśmiechnęłam się po sobie.

-O Boże!- Krzyknęłam i wstałam się na równe nogi.
-Co? Co się dzieję? Co się stało, Hope?- Spytał odkładając miskę z risotto na kawowy stolik, tuż przed kanapą przed nim. Na ekranie telewizora dalej leciał film, który postanowiliśmy obejrzeć zajadając się naszą kolacją, którą wspólnie zrobiliśmy.
-Auto. Zostawiłeś samochód pod domen? Jeśli matka się tutaj zjawi i zobaczy....
-Stop. - Przerwał moje histeryzowanie. - Nie zobaczy, bo go tutaj nie ma. Tom mnie podrzucił i zabrał moje auto. Nie mieszkam zbyt daleko od Louise, więc jutro z rano się przejdę i je odbiorę. Dziś do domu wrócę po prostu taksówką.
-Och. - Westchnęłam i znowu usiadłam na kanapę. Harry zachichotał i znowu wziął ze stolika swoją miskę z jedzeniem.

Po tej sytuacji nie działo się już prawie nic ciekawego. Prawie.

-Kobieto, dobrze gotujesz. - Odparł Harry.
-Dzięki, nastolatku. - Opowiedziałam wytykając język w jego kierunku.
-Nastolatku? Jestem starszy.
-O dwa lata, na litość boską. Po za tym nienawidzę starych powiedzonek. Ugggh, to takie prymitywne. 
-Dobra, dobra. - Podniósł dłonie w górę i jego spojrzeniu było widać rozbawienie. Uśmiechnęłam się z dumą.
-Po za tym, to nasza wspólna zasługa. Ty też całkiem nieźle czujesz się w kuchni. 
-Dziękuje. - Powiedział z takim tonem, jakby nikt inny przedtem mu tego nie mówił. Jasneee.


Chwilę potem film się skończył. Za 5 minut, zegar wybije pierwszą w nocy. Oglądaliśmy to na co akurat natrafiliśmy w telewizji. Był to film z serii Darów Anioła, czyli Miasto Kości.

-Ciekawy film, muszę kiedyś pooglądać go w całości. - Powiedziałam, kiedy Harry ubiegał swoje buty. Wcześniej zamówiona taksówka czekała na niego przed domem.
-Cóż... co powiesz na przyszłą niedzielę? W sobotę zaczynamy koncerty w Londynie, więc niedzielę ma wolną. Możemy....
-Zgadzam się. W teraz musisz iść. Pa, pa. - Powiedziałam i ku mojemu zaskoczeniu przytuliłam go. Harry szybko zareagował i położył dłonie na mojej tali mocno tuląc do siebie. Musiałam stanąć na palcach, żeby móc rzucić ręce na jego szyje, a łokcie na ramiona. Trwaliśmy tak może z kilka sekund... kilka minut.... nie wiem.
-Dobranoc, Hope. - Wyszeptał mi na ucho delikatnie muskając ustami moje włosy. Powoli odsunął się ode mnie. Uśmiechnęłam się do niego, co odwzajemnił i za chwilę zniknął za drzwiami. Idąc zamyślona po schodach słyszałam jak taksówka odjeżdża spod mojego domu.

I oto jestem. Tutaj. Rozmyślając nad dzisiejszym wieczorem i przyszłym dzisiejszym porankiem.


Dobranoc, Harry.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz