-Tłumacz się jak przekonałeś Hope na tą imprezę!- Tłumiłam śmiech patrząc na Tom'a przez ekran w naszej rozmowie na skype, w której dowiedziałam się, że moja mała Hope chce iść na imprezę! Nie wątpiłam, że jest rozrywkową dziewczyną, ale..... HOPE I IMPREZA?
-Nic wielkiego nie zrobiłem. Zapytałem się czy zechciałaby z nami iść no i po chwili namysłu po prostu się zgodziła.
-Nie wierzę!- Zaśmiałam się.
-To uwierz, kotku. Wiesz... myślałem nad jedną rzeczą.
-Niecny plan?- Zapytałam podnosząc brwi.
-Może...
-Mów dalej. - Powiedziałam, bo sama byłam ciekawa jaki plan ten mój Tom wymyśl.
-Harry i Hope....
Nowy dzień. Piątek, ostatni dzień szkoły w tym tygodniu. Skoro jutro wybieram się na imprezę z Lou i Tomem, to zmotywowało mnie, aby iść do szkoły i po prostu przeżyć jeden dzień z najgorszymi osobami świata. Wstałam z łóżka z dziwnym uczuciem radości i pewności siebie. Przez ten przypływ odwagi postanowiłam ubrać się w sukienkę. Lecz gdy ubrałam ją na siebie, stwierdziłam, że jest to zbyt ryzykowne jak na szkołę. W końcu wybrałam [KLIK] „wygodny" pomyślałam „na wypadek, gdybym musiała uciekać".
Lekcje mijały całkiem szybko do czasu, aż Michael i jego elita nie zjawili się w środku ostatniej lekcji. „A już myślałam, że skończy się to happy endem". Przez kilkanaście minut zajęć staram się nie patrzeć w ich kierunku i skupić się na lekcji. Do momentu, aż zauważyłam spadającą kulkę papieru na ławce, przy której siedziałam. Obejrzałam się za siebie i na wszystkie możliwe strony. Nikt nie patrzył w moją stronę. „Dziwne" Pomyślałam. Wzruszając ramionami obwinęłam zagięty skrawek papieru. Na pierwszej stronie była to zwykła, biała, powyginana kartka. Obróciłam ją, przejechałam wzrokiem po napisach na niej i dosłownie zabrakło mi powietrza w płucach. Szybko zwinęłam ją w kulkę i wrzuciłam do mojej torebki. „To niemożliwe" Myślałam. Niemożliwe jest, żeby ktokolwiek skąd wiedział o praktykach i z ki..... Michael. Jego ojciec jest przecież dyrektorem tej budy. „Cholera." Przez resztę lekcji myślałam tylko nad treścią tego nieszczęsnego liścika.
Podchodząc do mojej szafki szkolnej, aby zabrać swoje rzeczy, miałam tylko jeden cel. Wyjść skąd jak najszybciej. Byłam przerażona tym liścikiem, a konkretnie to jego treścią: „Spotkamy się przed szkołą, musimy pogadać o twoim nowym koledze Harry'm". Po kilku minutach byłam już przy wyjściu ze szkoły, zauważyłam postać męską siedzącą samotnie na ławce przed nią. Kiedy obrócił się w moją stronę byłam pewna, że nadawcą listu był Michael tylko dlatego, że jego przebiegły uśmiech, na który widok chce mi się wymiotować, mówił dosłownie wszystko. Wzrokiem szukałam czegoś lub kogoś kto pomógłby mi ominąć go. Wiedziałam, że jeśli chodzi o korzyści, on z nikim się nie dzieli. Nie ważne czy korzyścią miałoby być tylko upokorzenie mnie, ale przez to, że wspomniał o Harry'm miałam wrażenie, a nawet 99 procentową pewność, że nie chodzi o nic szczególnie małego.
-SARA!- Krzyknęłam, gdy zza góry wyszła moja koleżanka. Podbiegłam do niej. -Skończyłaś lekcje?- Zapytałam na co dziewczyna przytaknęła potwierdzająco głową.- Super, mam sprawę. Muszę wyjść, że szkoły sprawiając wrażenie, że jestem zajęta. Po prostu rozmawiaj ze mną, a kiedy ktokolwiek mnie zawoła po prostu zignoruj to, ok?
-Ok.- Odpowiedziała krótko. Potem rozmowa toczyła się sama. Tak jak poleciłam, gdy Michael mnie zawołał po prostu szliśmy dalej rozmawiając i sprawiając wrażenie, że nie usłyszeliśmy tego.
-Czego tak właściwie ten gnojek chciał od Ciebie?- Spytała kiedy siedzieliśmy już w jej samochodzie. Była o rok starsza ode mnie, a już może prowadzić samochód. A to tylko dlatego, że ona ma urodziny z początkiem roku. Ugh, to męczące i niesprawiedliwe. Ktoś kto urodził się z początkiem roku, nie musi czekać długo, aby prawidłowo dodać liczbę do wieku, a ktoś inny rocznikowo ma tyle samo, ale jednak nie do końca i musi czekać, aż w końcu obejdzie swoje urodziny.
-Nie wiem. - Skłamałam i zamknęłam oczy, opierając się o szybę. Nie chciałam, żeby wszystko wiedziała. Nie jest moją przyjaciółką, żebym musiała zwierzać się. Sara jest dla mnie miła, zawsze była. Czasem się z nią droczyłam i takie tam. Byliśmy koleżankami, tak myślę. Może to przez okoliczności w jakich się spotkaliśmy. Ona, podobnie do mnie, ma kilka „wrogów" w szkole, z tą różnicą, że ona potrafi sobie z nimi poradzić, a ja już nie. Westchnęła poprawiając swoje długie blond włosy, które szczerze mówiąc do jej kruchej figury nie pasowały, lecz był to jej naturalny kolor, którego raczej nie planowała zmieniać. Dodawały jej efektu lalki barbie... i te rzęsy, powiedźmy, że zamierzany ostry wygląd jej nie wyszedł.
Droga do mojego domu minęła w ciszy. Dziewczyna prawdopodobnie myślała, że jestem zmęczona ponieważ na jej zadane pytania często odpowiedziałam krótkie „mhm", „tak", „who cares?" itp.
-Ok, Hope. Jesteśmy pod Twoim domem. - Powiedziała potrząsając moim ramieniem. „Więc myślała, że zasypiam?" Pomyślałam, ale tak naprawdę ja po prostu nie miałam ochoty na rozmowę z nią. Jestem straszna, wiem. Lecz co mogę poradzić na to, że sądzę o niej to o czym myślę? Wydawała się być sztuczna, może to błędne stwierdzenie, bo z innej strony jest miła, pomocna i na ogół uśmiechnięta... więc musi prowadzić jakąś grę? Już nie mnie to oceniać. Nigdy nie będzie dla mnie kimś ważnym. Moje łóżko było więcej ważne dla mnie od niej. Moje łóżko na które upadłam zaraz po przekroczeniu progu mojego pokoju. A może jednak byłam zmęczona i śpiąca....
-Co robisz w sobotę?- Spytała Louise, kiedy po raz trzeci dzisiejszego dnia zakończyłem głuche połączenie, które odebrałem. Miałem małą nadzieję, że to przez tą małą karteczkę z moim numerem, którą zdołałem wrzucić do torebki Hope. Choć z drugiej strony po co miałaby dzwonić i się nie odzywać? Jeśli nie chciałaby rozmawiać w ogóle nie męczyłaby się, aby wystukać mój numer na telefonie, lecz jeżeli chciała, ale po prostu bała się odezwać? Niee.. to bez sensu. Pewnie to czysty przypadek.
-Hm, właściwie to myślałem, żeby pojechać do mamy i Gem na ten wolny weekend. Czemu pytasz?- Odpowiedziałem. Dziś piątek i jesteśmy właśnie kilkanaście minut przed osiemnastym koncertem nowej trasy. Koncertem, który będzie już ostatnim w tym tygodniu. Co równa się z wolnym weekendem.
-Tom i ja idziemy na imprezę. Wiesz, ciemny pokój i masz próbować jeść po ciemku. Piszesz się?
-W sumie... to czemu nie?
Następnego dnia koło południa dostałam wiadomość, która przy okazji mnie obudziła, od Tom'a z treścią, że będzie o 21 koło mojego domu i dodał prośbę Louise, abym ubrała się ładnie „Czy to podtekst, żeby stwierdzić, że ubieram się brzydko?" Pomyślałam. Jednak po chwili obchodziła mnie już inna rzecz. Mianowicie to, że wychodzę z domu wieczorem i z powrotem wrócę koło północy. Muszę powiadomić o tym swoją matkę, jeśli nie chce większych afer. Wchodząc po schodach w głowie szykowałam co powiedzieć i od czego zacząć rozmowę, która musi się odbyć, jeżeli chce iść na tą imprezę. A chce i to zaskakująco bardzo chcę. Czas w jakim znalazłam się pod drzwiami pokoju matki był zdecydowanie zbyt krótki. Chcąc zrobić to szybko i mieć z głowy tą sprawę, zapukałam do drzwi, następnie chwytając klamkę otworzyłam je. „Szybko i jak najbardziej bezboleśnie" Takimi słowami dodałam sobie otuchy w myślach.
-Hope?- Spytała zdziwiona matka. Taaa... nie często wchodzę do jej pokoju. Nie mam po co.
-Tak, mam małą sprawę.- Powiedziałam na co moja rodzicielka całkowicie uniosła głowę znad papierów jakimi właśnie się zajmowała. Norma- praca, praca, praca... eh.
-Co się stało?
-Właściwie to nic wielkiego. Pamiętasz małą Lux?- Spytałam, na co potwierdzająco przytaknęła głową.- No i ona ma dziś urodziny. Nie mam żadnego pomysłu na prezent. Chciałam się spytać czy może ty nie masz żadnego?- Spytałam mając nadzieje, że złapię się na tą bajkę i z radością, bo zapytałam się o jej zdanie, po prostu pozwoli mi wyjść wieczorem z domu i gdy już mnie nie będzie, ona nie będzie wydzwaniać do mnie co 5 cholernych minut.
-Hm, może by tak zestaw do karaoke albo duży miś?- Zapytała. „Zestaw karaoke dla 3 letniego dziecka.. mądre" Skomentowałam to w myślach, ponieważ na szczęście nie musiałam robić tego prezentu, bo z tym założeniem żadne dziecko by się nie cieszyło. Owe urodziny Lux, jak się domyślacie, to czysta wymówka. Małe kłamstwo, pośród wielu, wielu innych.
-Dobre! Nie pomyślałam o tym! Ubiorę się i pójdę kupić to!- Powiedziałam z udawanym szczerym uśmiechem.
-Masz pieniądze?
-Mam, znaczy.. myślę, że 50 funtów mi wystarczy.- Taaa... jak zyskać to na maksa, prawda?
-Okej, zaraz przeleje na Twoje konto 100 funtów. Tylko powiedź mi u kogo będą te urodziny.
-Louise i Tom wynajęli kawiarenkę gdzieś w centrum.
-Okej, skoro tak to nie wracaj zbyt późno. Ja wychodzę o 17, bo w południe w Nowym Yorku ma być... a nie będę ci tłumaczyć, po prostu muszę być w banku. Tyle dobrze, że nie muszę lecieć tam.- „zasypiaaam"- tam jest 5 godziny różnicy do naszego czasu, więc sama nie wiem kiedy wrócę. Może dopiero nad ranem.- W końcu skończyła swoją gadkę dlaczego zostanie dłużej w pracy... tylko mnie już mało to interesuje.
-Dobrze. Myślę, że powinnam wrócić koło 22. - Tsaa......
Chwilę po tym jak wyszłam z pokoju matki chwyciłam telefon i wykręciłam numer, który przez ostatnie dni był dobrze zapamiętany przez mój telefon. Pierwszy sygnał... Drugi...
-Halo?- Odezwał się zaspany głos.
-Alex! Wstawaj! Zakupy czekają.
-Jezuuuu, Hope skąd masz dziś tyle energii?- Spytała, kiedy oderwała się z mojego uścisku na przywitanie. Przez te dwa dni od czwartku dużo się o sobie dowiedzieliśmy, wymienialiśmy ze sobą sms-y niemal co 2 minuty. A teraz właśnie spotykamy się po raz drugi i idziemy w kierunku galerii, gdzie już raz wspólnie byłyśmy.
-Sama nie wiem, po prostu mam dobry dzień. Chodź szybciej, musisz pomóc mi wybrać sukienkę.
Droga do galerii nie zajęła nam dużo czasu, lecz tego powiedzieć niemożna, jeśli chodzi o szukanie sklepu, gdzie mogłabym znaleźć sukienkę. Po długich i męczących wędrówkach Alex zaciągnęła mnie do jej ulubionego sklepu, mówiąc, że w stu procentach znajdę tam coś dla siebie. Chodząc po przez półki moja nowa koleżanka dosłownie rzucała do mnie ubraniami twierdząc, że coś na pewno będzie pasować i wyglądać idealnie. Zdałam się na jej plan, kiedy wepchnęła mnie do przebieralni. Prawie połowa lub więcej, ciuchów wybranych przez Alex była nie w moim rozmiarze. To za duże, to za małe. Prawie, bo jedna sukienka była... perfekcyjna? Czarna tkanina sięgała do połowy moich ud, a na to były zarzucony wziewny, delikatny, czarnego prześwitu materiał z przodu wyższy i stopniowo niższy z tyłu, pasek zaciągany gumą podkreślał talię. Grubsza tkanina sięgała nad moje piersi, a na to naszyty był ten sam wziewny czarny materiał, co na dolnych częściach sukienki, lecz na dodatek naszyte były na nim równe koraliki. Byłam świadoma tego, że przed przebieralnią czeka Alex, więc nieśmiało wychwyciłam się za kurny, jaka chroniła mnie w przebieralni przed wzrokiem innych ludzi. Gestem ręki zawołałam Alex, aby weszła do przebieralni. Kiedy to zrobiła podskoczyłam, bo zapiszczała tak głośno i niespodziewanie.
-Dziewczyno, wyglądasz cudownie!- Krzyczała.
-Sama nie wiem....
-Za to ja wiem! Musisz ją kupić!
-Hope! Wychodzę już. Pamiętaj, aby nie wrócić zbyt późno!
-Dobra!- Krzyknęłam. Po chwili usłyszałam jak matka wychodzi z domu i potem zamyka drzwi na klucz. Zaczekałam kilka minut zanim włączyłam muzykę. Miałam tak świetny humor, że nogi, ręce, całe moje ciało prawie samo tańczyło do piosenki Little Mix - „About The Boy." Kupiłam ich nową płytę dobry tydzień temu i mogę powiedzieć, że od razu się w niej zakochałam. W świetnych rytmach muzyki, nie dbałam o to jak tańczę... „przecież tego nikt nie widzi." Myślałam. Po prostu kręciłam się po całym pokoju wyrzucając dłonie w powietrze i kręcąc bezsensownie tyłkiem. Kiedy dochodziła 20 ja byłam już gotowa. Zdążyłam wziąć prysznic, pomalować się ( muszę przyznać, kreśli eyeliner'em wyszły mi całkiem w porządku), i ubrać się w wcześniej kupioną sukienkę. Założyłam kilka dodatków, złote kolczyki, pierścionek i kupioną za 2 funty bransoletkę, która też była złota. Do ręki chwyciłam małą czarną torebkę, która była ozdobiona pojedynczym złotym łańcuszkiem. Do jej środka wrzuciłam telefon, paczkę chusteczek, klucze do domu, mały portfel z wizerunkiem flagi Wielkiej Brytanii i szminkę koloru pudowego różu. Na koniec na nogi założyłam czarne buty na koturnie. Nie miałam problemu w chodzeniu w wysokich butach. Gdy siostra nas odwiedzała cały czas jaki z nią spędzałam, byłam przymuszana do chodzenia w takich butach. Około 3 lat temu kiedy pierwszy raz podczas świąt okazało się, że mam już taki sam numer obuwia jak ona, wtedy nauczyła mnie chodzić w swoich 7 cm butach na szpilce! Twierdziła, że kiedyś jej podziękuje za to. I miała racje, jestem jej wdzięczna, że umiem chodzić w takich butach,a nie potykać się co dwa kroki. Całość stroju prezentowała się tak: [KLIK]. Wyrzuciłam zapakowaną torebkę na łóżko i weszłam do łazienki. Stałam przed lustrem dokładnie rozczesując moje brązowe włosy i myślałam co mogę z nimi zrobić. Nie ma opcji, że zostawię je rozpuszczone, choćby ze względu takiego, że będzie mi zbyt gorąco... „Może warkocz?" Pomyślałam. Z racji tego, że robienie warkoczu nigdy jakoś specjalnie mi nie wychodziło po 20 minutach starań zostawiłam to w spokoju. Postanowiłam zrobić kok. Na nadgarstek założyłam gumkę do włosów, następnie zebrałam wszystkie włosy w dłoń i szarpnęłam nimi do góry. Włosy, które trzymałam w powietrzu kręciłam w prawą stronę, aby utworzyć z nich mocny rulonik. Rozluźniając trochę uścisk opuściłam go trochę w dół, aby stworzyć efekt luźnego i „niesfornego" koka. Na koniec zwinęłam go na czubku mojej głowy. Gotowe.
Jadę właśnie do domu Louise, ponieważ ona sama nie ma jak dostać się na dzisiejszą imprezę. Tom stoi w korku w centrum, co jest dziwne jak na prawie dziewiątą wieczorem, ale nieważne, więc spóźni się kilka minut. Trwałoby to o wiele dłużej, jeśli miałby przyjechać jeszcze po Louise, więc gdy dziewczyna poprosiła, abym przyjechał po nią - zgodziłem się. Z domu Ben'a, bo tam aktualnie się zatrzymałem, do domu Louise nie było zbyt daleko, więc po wcześniejszym oświadczeniu, że wyjeżdżam z domu, Louise czekała już pod swoim mieszkaniem. Zatrzymałem się blisko niej, a ona po chwili niemal wskoczyła do mojego auta, dając mi buziaka na przywitanie i podziękowanie, że przyjechałem.
- U, Styles. Postarałeś się. - Skomentowała mój strój. Nie wiadomo z jakich powodów, zadzwoniła do mnie rano, czytaj: około południa, lecz i tak jeszcze spałem, że mam się ubrać ładnie. Nie chciałem tego komentować, więc po prostu ubrałem tą białą koszulę. Niech się cieszy, ale z moich jeansów i tak nie zrezygnuje.
-Dzięki. - Wymamrotałem i już po chwili poczułem jak wkręca swój palec z jeden z moich dołeczków na policzku. Jedni przygryzają wargę, jedni się rumienią... a ja mam dołeczki. Po „bardzo miłym" sposobie mówiącym, aby mnie zostawiła, nasza dalsza rozmowa potoczyła się szybko i przyjemnie. Nawet nie zauważyłem kiedy byliśmy na miejscu. Wyszliśmy z auta i kierowaliśmy się w stronę restauracji, gdzie miała odbyć się nasza ciemna kolacja. Louise poszła dowiedzieć się w jakiej sali dostaliśmy rezerwacje i po chwili szliśmy jednym z korytarzy przed siebie. Moja przyjaciółka zatrzymała się przy pokoju numer 20 i dosłownie wepchnęła mnie tam. Mówiąc, abym zaczekał, a ona pójdzie sprawdzić czy Tom przyjechał.
Tom zadzwonił do mnie i powiedział, że wyjeżdża z domu i że będzie po mnie za koło 15 minut. Szybkim ruchem wzięłam moją małą torebkę z łóżka, wychodząc z mojego pokoju zamknęłam go na klucz. Zeszłam powoli po schodach z drugiego piętra naszego mieszkania. Dom miało tylko albo i aż 2 piętra. Na drugim był mój pokój z łazienką i jeszcze jeden, który służył nam jako strych na stare i niepotrzebne graty. Na pierwszym piętrze był pokój matki i pokój, dość często nie używany, pokój gościnny. Dotychczas spała tam tylko moja siostra, gdy dwa razy przyjechała nas odwiedzić. Na parterze, gdzie obecnie się znajduje, jest tylko przedpokój, salon i kuchnia, która prowadzi również na taras.
Będąc w przedpokoju stanęłam przed lustrem. Wyglądałam.... dobrze. Włosy były spięte w koka a'la „mam to gdzieś jak to wygląda, ale myślę, że jest ok." Sukienka opadała na moje ramiona i w idealnym miejscu czarny, gumowy pasek zaznaczał moją talię. Na dole kreacja schodziła od góry do dołu z materiałem. Buty dodały mi kilka dobrych centymetrów, choć jakoś nigdy nie skarżyłam się na mój wzrost. Mój makijaż był delikatny. Dobry podkład, puder i trochę brzoskwiniowego różu na policzki oraz szminka koloru delikatnego różu no i może trochę korektowa pod oczy, które chyba już zawsze będą lekko sine i podkrążone. Wcześniej wspomniane kreśli zrobione eyeliner'em dodały trochę ostrego wyglądu, lecz i tak make-up wyglądał delikatnie. A to wszystko co przed sobą widzę to... ja. Ta całość składa to, że czuję się dobrze w swojej skórze. Pozostają tylko myśli, które cały czas są i będą przy mnie, lecz dziś... postanowiłam odpuścić. Niech dzieję się co chce i ma się wydarzyć. Nic nie dzieje się przypadkiem, więc przez ten jeden dzień będzie w porządku, jeśli zapomnę i nie spojrzę w tył, nawet jeśli ma to trwać jeden wieczór...
Szłam korytarzem, po wcześniejszym wepchnięciu Lokowatego do pokoju, gdzie ma się odbyć „tajemnicza kolacja". Kierowałam się w stronę głównego wejścia do budynku, kiedy po drugiej stronie zauważyłam Tom'a, a zaraz za nim Hope ubrana w piękną czarną sukienkę. Wyglądała przepięknie! Nie myśląc zbyt długo po prostu weszłam po pokoju, przy którym stałam. Na szczęście nikogo nie było w środku. Nie mogłam zamknąć drzwi, ponieważ od wewnątrz może otworzyć je tylko osoba jaka ma klucz do wyznaczonego pokoju, więc dokładnie słyszałam kiedy Tom tłumaczył Hope, aby weszła do środka pokoju z numerem 20, a on pójdzie sprawdzić czy już nie przyjechałam. Po usłyszeniu charakterystycznego kliknięcia, oznaczającego zamknięcie drzwi, wyszłam z pokoju, jaki służył mi za skrytkę. Spojrzałam na Toma z wielkim uśmiechem zwycięstwa.
Weszłam po pokoju z numerem 20, ponieważ jak wyjaśnił mi Tom on poszedł poczekać na Louise. W pokoju było cholernie ciemno, lecz gdy próbowałam otworzyć usta w celu zawołania kogoś zostałam uprzedzona przez jakiś inny głos...
-Tom? Louise? Jesteście tutaj? - Spytał... „Nie, to niemożliwe...."
-Um... - Zamruczałam.
-Louise, to Ty, tak?
-Nie, to nie Lou. - Powiedziałam bardziej pewnie, przełykając wielką gule formującą się w moim gardle.
-Więc kto tu jest?- Spytał i wyciągnął świecące urządzenie z kieszeni.
-Hope. - Odezwałam się. „.......lecz realne."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz