czwartek, 9 stycznia 2014

Rozdział 04 „Zwykła Normalność."

Zaczęłam mrugać oczami starając się przyzwyczaić do niewielkiej jasności panującej w moim pokoju. Szybkim spojrzeniem na zegarek, który stał spokojnie na mojej nocnej szafce, moje zaspane ciało zarejestrowało, że jest 6 rad ranem. Zmęczona jękłam i wstałam z łóżka. Nie ma opcji, żebym teraz na nowo usnęła, próbowała się wyspać i jeszcze wyszła z domu przed tym, kiedy matka się obudzi. Cały czas zaspana próbowałam znaleźć moje słuchawki,  aby po chwili położyć się na moje łóżko i włączyć moją moją ulubioną playlistę, ze zbiorem wybranych wolnych piosnek. Moment później przeklinałam na siebie, ponieważ zaczęłam myśleć nad tym co wydarzyło się wczoraj. Gdyby coś to nakręcił i dobrze zmontował wyszedłby świetny początek filmu, tylko w moim przypadku start zaczął się i skończył wczoraj. Męczyła mnie myśl, dlaczego jak już się cokolwiek dzieje w moim nudnym życiu to to dzieję się tak szybko? W jeden dzień zdążyłam pokłócić i pogodzić się z mają matką jak i Harry'm Styles'em. Wszystko wygląda na ten moment okej, ale dlaczego nie mogę przestać myśleć, że moja zwykła normalność jest tak nudna, że chce, aby takie małe wydarzenia dobre i złe powróciły. Nie chodzi o to, że lubię problemy jakie mnie otaczają. Chodzi o to, że wtedy coś się dzieję w moim życiu. Chodzi o to, że mogę poczuć, że mój los jest w moich rękach... A jeśli zostaje sama w domu nie może się wydarzyć się absolutnie nic. Ironią jest to, że sama buduje mur przed sobą, próbując uchronić się przed tym. Siedząc samotnie, myśląc za dużo, czasem na dodatek płacząc i użalając się nad sobą, jestem gotowa zrobić cokolwiek co może pozwolić mi znowu działać pozytywnie. To strach, strach przed tym co może się zdarzyć, przed tym gdzie i w jakiej sytuacji mogą mnie postawić, zatrzymuje mnie w miejscu. Strach buduje mury, jakie boję się przekraczać.

  „Otwórz oczka, jest już rano trzeba wstać. Otwórz oczka, jest już rano trzeba wstać. Otwórz oczka, jest ju......"7:00- godzina jaka była nastawiona na budzik w telefonie. Po mino tego, że nie spałam już od 6 nad ranem postanowiłam na wszelki wypadek nie wyłączać tej  przydatnej każdego ranka funkcji. Całą godzinę byłam pod wpływem, na zmianę, muzyki i moich myśli. To ostatnie poprowadziło mnie do punktu w jakim zaplanowałam cały dzisiejszy dzień, zwykły dzisiejszy dzień. Wstając z mojego ciepłego łóżka, od razu skierowałam się w stronę szafy. Nie zapowiadało się, abym miała robić dziś coś specjalnego, więc wybrałam luźny zestaw [KLIK]. Kiedy po opranej toalecie, wyszłam z łazienki, szybko chwyciłam swoją, wczoraj spakowaną, torebkę i wyszłam z mojego pokoju zamykając go na klucz. Schodząc po schodach upewniłam się, że moja matka śpi. Spała. To upewniło mnie, że mój plan na początku nie legnie w gruzach. Będąc na korytarzu wyjęłam z torebki ołówek i notes, z którego wyrwałam pojedyncza kartkę, następnie oparłam ją o drzwi i napisałam na niej krótką wiadomość do matki, żeby się nie martwiła moją nieobecnością, ponieważ wyszłam już do szkoły. Wcisnęłam ją w górny róg lustra i wyszłam z domu. Zamknęłam dzisiaj już kolejne drzwi na klucz i ruszyłam w dół uliczny, aby po chwili skręcić w stronę przeciwną do kierunku szkoły. Nie zamierzałam dziś tam iść, jeden dzień w tą czy w tą.. „Pieprzyć to."



W trakcie jazdy do Sheffield z Londynu, oczywiście musiałem odespać, przez całe trzy godziny podróży, po porannej pobudce o 7 nad ranem. Jedna z najgorszych rzeczy w życiu każdego kto urodził się na tej planecie - wczesne wstawanie z ciepłego łóżka, wyrwanie się z krainy snów. Cóż, istnieją ludzie, których można nazwać „rannymi ptaszkami", ale z pewnością ja do nich nie należałem i muszę przyznać, że dużo takich osób nie znałem.  Wychodząc z samochodu pomachałem do fanek za metalowym ogrodzeniem areny,  którym jakimś cudem udało się mnie i resztę chłopców zobaczyć. Ciągle zadziwiało mnie to jak głośno dziewczyny potrafią krzyknąć. Fakt, jeśli jest ich setki, a nawet tysiące, nie powinno to nikogo zadziwiać, lecz jednak zdając sobie z tego sprawę i tak zadawałem sobie jedno i to same pytanie.

Wchodząc do garderoby, zobaczyłem Louise, która była dosłownie wszędzie. Biegała z jednego końca sali na drugi.
-Przestań się tak kręcić, zaraz skrzydła ci wyrosną i wylecisz skąd.
-Zamknij się. - Syknęła przez zaciśnięte zęby.  Zachichotałem „Po prostu uwielbiam się z nią droczyć." Siadając na kanapie miałem zamiar położyć nogi na pufie przede mną, lecz zatrzymał mnie głos mojej drobnej przyjaciółki.
- A-a, Styles, idziesz dziś na pierwszy ogień. Idź do łazienki się odświeżyć, praca wzywa.
-Okej. - Zgodziłem się, bo co innego miałbym zrobić? Obowiązki. Moim obowiązkiem było przygotowanie się do koncertu zespołu w jakim jestem dla kilku tysięcznej publiczności. Publiczności, którą można nazwać naszymi fanami. To uczucie, które masz w sobie zdając sobie sprawę, że masz kogoś, kogo obchodzisz Ty i Twoje marzenia, jakie spełniasz, jest niesamowite, tak przyjemne, że nie chcesz, żeby kiedykolwiek się kończyło. Aby koniec nie nastąpił, trzeba przede wszystkim dbać o coś na czym ci zależy. Właście dlatego, pomimo mojego zmęczenia, nie psychicznego, bardziej fizycznego „nadal chce mi się spać, cholera." Pomyślałem. Wracając.. Właśnie dlatego, wstaje teraz z miękkiej kanapy, aby Louis mogła wcisnąć w mój tors, przykryty białą koszulką, kupkę ubrań, w jakie mam się przebrać.

Wychodząc z łazienki, jak to Zayn lubi mówić, „świeży" i przebrany w biały T-shirt, czarne jeansowe spodnie, które będą mi już służyć cały dzisiejszy dzień, zostałem pośpieszony przez Louise, wcale nie tak grzeczny sposób, żebym usiadł przed lusterkiem i się nie ruszał. Kiedy zrobiła swoje Hokus Pokus Czary Mary z fryzurą i make-up'em pozwoliła mi iść i zająć się, cytuje: „swoim tyłkiem." Jak chciała, tak też zrobiłem. Po tym jak napisałem na twitterze, że nie mogę się doczekać dzisiejszego show, co było pełną prawdą, usiadłem na kanapie. Na tej samej, gdzie miałem przyjemność siedzieć około minuty, kiedy tylko wszedłem do garderoby. Pozwalając sobie na trochę rozluźnienia, zamknąłem oczy, opierając głowę na poduszki. Chwilę potem, gdyby nie poczuł delikatnie opadającego obok mnie czyjegoś ciężaru ciała, pewnie bym usnął, ale ten ktoś mi na to nie pozwolił. Otwierając oczy, spojrzałem w kierunku tego złego człowieka, który nie chciał, aby trafił do krainy snów lub bardziej na mojego wybawcę. Gdyby teraz zasnął, Louise zabiłaby mnie jednym spojrzeniem w moją stronę, ponieważ popsułby fryzurę jaką mi zrobiła. Choć sam nie wiem, czy w ilością, jaką jak mi się wydaje obecnie miałem, tego lakieru w moich lokach nawet jeden włos by się ruszył.
-Sorry. - Wyszeptał mój blond przyjaciel, patrząc przepraszająco.
-Nie.- Przetarłem dłonią zaspaną twarz.- Wszystko w porządku. Właściwie to dzięki, że nie pozwoliłeś mi iść spać. Louise zabiłaby mnie.
-Możliwe. - Zaśmiał się w swój charakterystyczny sposób. Nie mogłem zrobić nic innego niż po prostu się uśmiechnąć. „On ma w sobie jakąś magiczną moc." Pomyślałem.- Lecz nie martw się, Harry.- Złapał mnie za ramie i zrobił dość poważną minę.- Mnie zaraz też dopadną te tortury, po Liam'ie jestem ja. Nie jesteś w tym sam.
-Racja.- Zaśmiałem się pod nosem na jego stwierdzenie.
-Co tam u Hope? - Spytał po chwili, gdy widocznie stwierdził, że nie ma żadnego programu w telewizji, który mógłby go zaciekawić, co potwierdza właśnie pilot rzucony gdzieś na stolik przed nami.
-Och.. Myślę, że okej. - Odpowiedziałem. Co dokładnie chciał wiedzieć?
-Spoko, bo wiesz po tym co powiedział nam Nick nie wyglądało to zbyt ciekawie i byłem nieźle zdziwiony, że chciałeś powieść ją do domu.- „Zaraz... co?"
-Chwilę, co Nick powiedział? I co masz na myśli mówiąc „nam"?- Spytałem zmieszany.
-Nam, czyli mnie i chłopakom, plus Louise, tylko nam. Nikomu więcej, słowo. Powiedział nam co stało się.. cóż, powiedział wszystko. Na serio, myślałeś, że Hope może być jakąś dziennikarką?
-Sam nie wiem, bracie. To co powiedziała na początku, było naprawdę nie zrozumiałe. A potem... potem byłem chyba wkurzony na Nick'a, że poszedł do niej, choć mówiłem, że ta dziewczyna jest jakaś opętana.
-Zaraz... a co ona ci dokładnie powiedziała?
-Cóż... dokładnie nie pamiętam, ale coś w stylu, że ma ci coś do zaproponowania i będę się w tego cieszył. Nie sądziłem, że mówi o Nick'u, gdy mówiła o radości z tego co planowała.
-A więc od razu stwierdziłeś, że ta przyjemność jaka miała cię cieszyć, to będzie stosunek?
-Och, zamknij się!- Zachichotałem się i rzuciłem w niego poduszką, która była gdzieś pod moją ręką.
-Ok,ok, rozumiem. Zawieszenie broni, Styles. - Podniósł ręce w geście poddania się, gdy ominął mojego zapewne zabójczego uderzenia. „Czujecie sarkazm?"
-Tym zaraz przeżyjesz. - Powiedziałem z poważnym wyrazem twarzy. Po chwili wybuchliśmy śmiechem, który rozniósł się po całej garderobie. Faktem jest to, że ja śmiałem się ze śmiechu Niall'a, a Niall... z tego mojego suchara, który według niego, jak każdy inny, zasługuje za Oskara. Moment później, uspokoiliśmy się.
-Więc, podwiozłeś ją wczoraj?
-Tak, przecież miałem tak zrobić. Myślałeś, że co? Wyrzuciłem ją przy najbliższym tesco?
-Nie, oczywiście, że nie.. widać, że ją polubiłeś.
-Polubiłem, jak każdą nowo spotkaną osobę. Po za tym nie znam jej, nic nie wiem o ni....
-Kto lubi kogo?- Wtrącił Louis, przeskakując kanapę i zajmując miejsce po między mną a Niall'em.
-Harry lubi Hope. - Stwierdził blondyn, farbowany blondyn, oczywiście.
-Czyżby nasz Harruś znów się zakochał? - Spytał zaczepnie Lou i wśrubował jeden swoich palców w mój prawy dołeczek. 
-Nie.- Odpowiedziałem dosadnie.
-Och, nie bądź taki zimny. Jest mądra czy może super gorąca, hm?- Spytał, na co przewróciłem oczami.
-Przecież ją widziałeś, idioto. - Wtrącił Niall. „Kiedy? Gdzie? Co? Jak?" Pytałem samego siebie w myślach. Znał ją? Mój przyjaciel, z wytatuowanym jeleniem na ramieniu, no comment, popatrzył zdezorientowany najpierw na mnie, potem na Niall'a i znowu na mnie.
-Ta Hope? - Spytał.
-Yeah, ta sama Hope. - Odpowiedział spokojnie Irlandczyk, który kiedyś będzie przyczyną naszego wyginięcia, ponieważ zje wszystko co spotka na swojej drodze.
-Uhuhu, powodzenia, bracie. - Powiedział Lou, zakrywając usta swoją dłonią.
-Co masz na myśli?- Spytałem.
-Nie,żeby coś, ale no nie wiem.. ona wydaję się taka cicha i skryta w sobie.
-Nie znasz jej. - Stwierdziłem zgodnie z prawdą. Nie znał jej, ja nie znałem... „ale poznam" Dodała moja podświadomość, co wynikało,  z danej obietnicy samemu sobie wczoraj.
-A Ty znasz?
-Nie, nie znam, ale nie można oceniać książki po okładce.
-Harry, pamiętaj, że okładka to promocja, która ma pokazywać zawartość całości.
-Nie ważne. - Stwierdziłem. Czy Hope, naprawdę była cicha i zamknięta w sobie? Jeśli tak to czy będę w stanie móc poznać ją choć w małej części? Z drugiej strony, co Louis może o niej wiedzieć? Nie zna jej, tak samo jak ja... wczoraj.... Czy wtedy poznałem część prawdziwej Hope?



Właśnie idę w kierunku Starbucks'a, więc gdy wyjdę zza rogu budynku, przy którym właśnie idę, będę już na tej samej ulicy, gdzie znajduję się kawiarnia. Co jak co, ale muszę przyznać. Starbucks robi najlepsze kawy, napoje, ba jedzenie tam też jest cudowne. Po chwili namyśleń co zjadłabym dziś na śniadanie, doszłam do drzwi wejściowych. Gdy przekroczyłam próg, od razu poczułam ten niesamowity zapach porannego śniadania. Wiem, że Starbucks jest otwarty znacznie dłużej niż tylko godziny poranne, lecz po prostu aromat kawy i świeżego pieczywa sprawia, że myślę o pięknym poranku w świetle promieni słonecznych. Brzmi jak bajka, prawda? „Szkoda, że tym tylko zostanie." Pomyślałam.
-Dzień dobry. Witamy w Starbucks, w czym mogę służyć? Dzisiejszym porannym specjałem jest Croissant pełnoziarnisty i pragniemy przypomnieć, że od poniedziałku do piątku, do godziny 11, Cappuccino jest taniej o 30 %. - Pracownik powiedział swoją stałą gadkę. Słuchałam, lecz po „w czym mogę służyć?" się wyłączyłam.
-Dzień dobry. Tak, poproszę Croissant'a...
-Pełnoziarnistego? - Wtrącił.
-Co? A tak, może być, więc Croissant'a pełnoziarnistego...- Podkreśliłam, przewracając oczami.-.. z serkiem, pomidorem i rukolą, do tego Caramel Macchiato.
-To wszystko?-Spytał.
-Tak, ale mam pytanie. Czy będą dziś dostępne większe Quiche z kurczakiem i warzywami?
-Większe niestety nie.
-Cóż, szkoda. W takim razie to wszystko.
-Zamówienie na wynos czy na miejscu?
-Na miejscu.
-Dobrze. Proszę zająć jakiś stolik, zamówienie będzie gotowe za kilka minut.
-Dziękuje.- Odpowiedziałam, gdy już zapłaciłam, uśmiechałam się w stronę mężczyzny, co odwzajemnił, wyciągając moje wydrukowane zamówienie, następnie odwrócił się i podał do kuchni kartkę. W kawiarni nie było dużo osób i to jeden z powodów, dlaczego postanowiłam tutaj zostać. Usiadłam w drugim stoliku pod ściągą, równo padłą do okna. Kilka minut później do mojego stolika przyszła dość młoda dziewczyna, położyła moje zamówienie, na co podziękowałam uśmiechem, a ona to miło odwzajemniła. I odeszła, abym ja mogła cieszyć się moim Croissant'em i Macchiato, gdyby nie to....
-Kupić ci jeszcze jednego?Może więcej przytyjesz. - Odezwał się ktoś przede mną. „Znam ten głos." Myślałam. Podniosłam głowę i od razu straciłam ochotę do jedzenia. Michael.
-Odwal się. - Syknęłam przez zaciśnięte żeby. Nie dość, że on głupowato się zaśmiał to do tego dołączyli jego wielcy przyjaciele - Rafael i Danny.
-Ciekawe, ciekawe. Może dziś się, źle czujesz i to jest powód dla którego nie będziesz dziś na zajęciach.
-To nie Twój interes. - Nie mam najmniejszej ochoty z nim rozmawiać, a tym bardziej dawać większe pole do popisu.
-No i co z tego? Nie zaliczysz tego roku.
-Zamknij swoją twarz. Co ciebie może to obchodzić?- „Po co ja w ogóle mówię cokolwiek?"
-Patrzcie, chłopcy. Jaka niewinna Hope. - Zaśmiał się znowu w stronę swoich towarzyszy. Nie odpowiedziałam nic, dopóki Michael nie wziął w swoje brudne łapy mojej torebki, która sekundy temu leżała obok mnie na kanapie. Wstałam i od razu chciałam chwycić ją, lecz podtrzymał mnie Rafael, który stanął przede mną, tym samym blokując mi drogę. Wyglądając przez jego ramie, widziałam jak Danny i Michael grzebią w mojej torbie. „Co mam teraz zrobić?" Myślałam.
-Tato! Tato, chodź tutaj! - Krzyknął ktoś za mną. Od razu spojrzałam na epicentrum tego odgłosu. Należał on do tej samej dziewczyny, która przyniosła moje zamówienie.
-Odpierdol się o niej!- Powiedziała, popychając Rafael'a za ramiona do tyłu. Ten zrobił parę kroków do tyłu, lecz nie upadł tyłkiem na ziemie. „A szkoda."
-Alex, co chcia.... -Usłyszałam kolejny głos, tym razem mężczyzny. Zanim zdążył zrobić cokolwiek, Michael i jego banda przygłupów zdążyła wybiec z kawiarni, wcześniej rzucając moją torbę na ziemie. Mężczyzną, jakiego głos usłyszałam, był ten sam, który przyjmował moje zamówienie. Przeszedł koło mnie i dziewczyny, która zachciała mi pomóc, podniósł moją torebkę i położył ją na stoliku, gdzie wcześniej zajmowałam miejsce.
-Wszystko w porządku?- Spytał, patrząc na zmianę i na mnie i na... moją wybawicielkę.
-T-tak.- Odpowiedziałam, nie do końca wiedząc do kogo było kierowane to pytanie.
-Kto to był?- Odezwała się dziewczyna.
-Um.. można powiedzieć, że moi koledzy...
-Ta, no. Zajebiści kurde koledzy, skoro chcieli ukraść zawartość Twojej torby, gdyby tylko kurde mać nie uciel....
-Alex! Zachowuj się!- Syknął mężczyzna.
-Sorry, tato. - Zrobiła minę zbytego psiaczka, która chyba podziałała, ponieważ jej, jak zdążyłam się zorientować, tata wywrócił tylko oczami i odszedł dodając, że zostawi nas same i gdyby coś ma go wołać.
-Nieważne. Jestem Alex. - Powiedziała dziewczyna, przyjaźnie się do mnie uśmiechając, co z przyjemnością odwzajemniłam.
-Jestem Hope. Dzięki, za to, no wiesz.. sama nie dałabym rady.
-Nie ma za co. Gdyby wrócili z chęcią skopałabym im tyłki.- Stwierdziła na co się zaśmiałam.
-Nie miałabym nic przeciwko temu, uwierz. -Zachichotałam, lecz moment potem jej twarz przybrała trochę większego wyrazu powagi.
-Kto to właściwie był? Wiem, mówiłaś, że to Twoi koledzy, ale normalnie znajomymi się tam nie zachowują..
-To... oni są z mojej kolasy. - Powiedziałam, patrząc po bokach, byle nie w jej oczy.
-Och. Wiesz, tak właściwie, mogę zrobić sobie małą przerwę. Będziemy mogły spokojnie pogadać, tylko poczekaj chwilę, przyniosę nam po kawałku ciasta.
-Doceniam ten gest, ale naprawdę nie musisz.
-Nie ma żadnego „ale", zaraz będę z powrotem. -Powiedziała i za chwilę nie było po niej żadnego śladu. Usiadłam z powrotem na kanapę, gdzie siedziałam przed tym incydentem. Wzięłam torebkę na moje kolana i zaczęłam w niej grzebać w celu  sprawdzenia, czy te gnojki niczego mi nie zabrały. Dziwne było, że wszystko co powinno być w środku jest na swoim miejscu. Telefon, portfel, aparat - najważniejsze jest.
-Zabrali coś? - Spytał Alex. Podniosłam wzrok do góry Ta dziewczyna jest piękna. Przypomina mi tą... no... Ariane Grande. Ma duże usta, brązowe lub piwne (nigdy nie umiałam rozróżnić) oczy, delikatnie różowe policzki, do tego brązowe włosy zaczesane ma w wysoką kitkę. Na sobie miała ubrane jasno niebieskie jeansy i biały T-shirt zaraz pod czarną, za dużą o rozmiar, bluzą. „Chyba się przebrała." Pomyślałam.Byłam pewna, że miała wcześniej na sobie firmową koszulkę Starbucks'a
-Och, nie, na szczęście, nie. Um... przebrałaś się?
-A tak, tato pozwolił mi już iść do domu.
-Ten...- Alex nie pozwoliła mi dokończyć i sama wyjaśniła mi, że ta kawiarenka należy do jej ojca już od dobrych dwóch lat, lecz niestety wpada do niej ostatnio mało ludzi.
-Proszę, ciasto od firmy. -Podała mi talerzyk, z pysznie wyglądającym sernikiem z truskawkami, siadając na krześle przede mną.
-Naprawdę nie trze...
-Daj spokój, sama nie będę przecież jadła.- Posłałam jej spojrzenie, żeby popatrzyła w kierunku, w jakim ja zaraz spojrzenie. Kiedy to zrobiła i zobaczyła moje śniadanie na stole, zrobiła poważną minę dodając: - Cicho. - Zachichotałam.

-Hej, możemy wejść do jeszcze jednego sklepu?-Spytała Alex.
-Jasne.- Odpowiedziałam i ruszyłam w kierunku wskazanym przez moją nową koleżankę. Chodziliśmy już po centrum handlowym od dobrych dwóch godzin. Wybraliśmy się tutaj zaraz po tym jak zjedliśmy nasze ciastka w Startbucks'ie u jej taty. Ja kupiłam jedyną spódniczkę w niecałe 10 minut, natomiast Alex kupiła dwie pary butów w około godzinę. Zapytacie czemu? Ponieważ nie umiała po między niby wybrać, aż w końcu wybrała obydwie pary. Przez godzinę w butiku i kolejną godzinę podczas zwykłego chodzenia po sklepach i szukania dobrych okazji, zdążyłam ją trochę poznać. Od zawsze mieszka w Londynie, od najmniejszych lat. Jej mama jej kucharką, dlatego razem z jej tatą dwa lata postanowili założyć Starbucks. Rok temu ona skończyła swoją edukacje, miała wtedy 16 lat. Teraz natomiast ma 17 lat i za nie całe pół roku ma 18 urodziny.
-Jesteśmy. - Stwierdziła moja towarzyszka.
-Co chce tutaj kupić?- Zapytałam.
-Książkę. -Odpowiedział wzruszając ramionami. Nie chciałam się zagłębiać jaką książkę kupuję, bo niby po co to mi potrzebne do życia? Jednak, gdy chwyciła w swoje dłonie książkę, gdzie na okładce był nie kto inny jak One Direction, zdziwiłam się.
-C-chcesz kupić tą książkę? - Wyjąkałam.
-Tak, a co może, jesteś jednym z hejterów? -Zaśmiała się.
-Nie, oczywiście, że nie. Jesteś ich fanką?- Spytałam
-Pewnie, uwielbiam ich i tak właściwie idę na ich koncert za dwa tygodnie. Super, prawda?- Spytała.- A Ty?
-Co, a ja?
-No, chce też spytać czy jesteś ich fanką.
-Och, nie, nie. Nie jestem, byłam. Kiedyś, czas przeszły.
-W porządku. -Zaśmiała się na dobór moich słów. Kiedy przechodziliśmy przez sklep, aby znaleźć się przy kasach, myślałam nad tym, co ona by pomyślą i co by zrobiła, jeśli dowiedziałaby się, że wczoraj spędziłam duży kawałek dnia z jej idolami. Wyśmiałaby mnie? Pobiłaby mnie?
-Hope!- Wyrwała mnie z mojego świata machając ręką tuż przed moją twarzą, podczas, gdy staliśmy już w 3 osobowej kolejce do kasy.
-Co? Co się dzieję?- Spytałam rozkojarzona.
-Pytałam się czy też chciałabyś iść na koncert 1D, mam dodatkowy bilet.
-J-ja nie wiem, jeszcze.
-Och nie marudź, to miejsca w pierwszym rzędzie. Chłopcy nas na pewno zauważą. - Niemal wykrzyczała z podniecenia, lecz hamowała się wiedząc, że jesteśmy w miejscu publicznym.
-Jeszcze się zgadamy co do tego.
-Spoko, a tak po między nami, kto najbardziej podobał ci się z zespołu?- Spytała, na co zaniemówiłam.
-W-wydaje mi się, że wszyscy mi się podobali. Wszyscy z nich są przystojni.- Przygryzłam wargę, mając nadzieję, że uwierzy w mój kicz.
-Oj no! Nie mów tak jak wszystkie. Powiedź, przecież nikomu nie powiem.
-Ja nie pamiętam. Wydaje mi się, że... - „...teraz albo nigdy..." - Harry.
-Oj, siostro, siostro. Muszę Cię zmartwić, ale Harry to mój mąż. Tylko jeszcze o tym nie wie, ale to szczegół. - Odparła uśmiechnięta. Wiem, że to tylko kawał, ale... po prostu musiałam się zmusić do uśmiechu, ponieważ wcale nie było mi wesoło z nowo uzyskanej wiadomości... „Nie zapominaj, Twój star skończył i zaczął się już wczoraj." Dodała moja podświadomość.


13:30, weszłam do domu, szybko wbiegając do mojego pokoju. Moje zakupy położyłam, gdzieś z boku i w pośpiechu włączyłam mój komputer, aby po chwili włączyć na skype status „dostępnej". Sekundy później, przyszło powiadomienie na zgodzę odebrania połączenia przychodzącego. Bez zastanowienia się, wcisnęłam opcje  „odbierz", i po momencie przywitała mnie uśmiechnięta twarz mojej najlepszej koleżanki.
-Siema, tamponie.- Odezwałam się pierwsza.
-Eloszka, cioto.-Odpowiedziała Klaudia, tym samym tekstem na powitanie co zawsze.
-Co tam u Ciebie? Mów pierwsza, bo zdaje się mam ci więcej do opowiedzenia.
-Okej, więc wczoraj w szkole (...)- Zaczęła opowiadać.- (...) no i tak. Myślałam, że zrobiłam dobrze, ale jak zwykle pilnowanie brata przypadło na weekend mi. - Skończyła mówić mi o swoim całym dniu, jak i poprzednim tygodniu, bo nie mieliśmy okazji razem rozmawiać.
-Oj tam marudzisz, bejbe. Będzie dobre. Cycki do góry i jedziesz z koksem. KURDE CO ZA GŁUPIA CEBULA!- Ostatnie słowa wykrzyczałam bardziej do cebuli, niż do mnie, czy do Klaudii. Podczas naszej już pół godzinnej konferencji, zdążyłam przenieść się do kuchni z komputem i zacząć robić to co planowałam, zrobić od początku dnia. Moja koleżanka zaśmiała się na głos, a ja posłałam jej tylko wrogie spojrzenie, mówiące, aby się zamknęła, jeśli jeszcze chce przeżyć do końca tego dnia. Nie ważne, że  mam do Polski kilkanaście tysięcy kilometrów. Klaudia mieszka w Polsce i tak ja ja jest polką, co chyba jest oczywiste. Gdy byłam jeszcze fanką 1D poznałam ją przez internet i nasza znajomość miała i wzloty i upadki, ale koniec z końców nadal żyjemy w zgodzie. W tym, że ona nie wspomina o 1D, bo jest ciągle ich fanką, a ja już nie. Cóż, to co jej powiem zaskoczy ją.
-Nie krzycz na te jedzenie, ono też ma UCZUCIA!
-Zamknij się, sieroto! - Odpyskowałam, na co obie się zaśmialiśmy.
-A jak mija Twój czas w Londynie, hm? -Spytała. „No to zaczynamy." Myślałam. Wsadziłam do piekarnika ciasto, upewniając się najpierw, czy na pewno ustawiłam czas pieczenia na 7 i pół minuty. Kiedy to zrobiłam, wytarłam ręce w pierwszą lepszą szmatkę i usiadłam na ladzie w kuchni, tak aby mieć komputer na ladzie ,po drugiej stronie, przed sobą.
-Więc.... Przez pierwsze dwa dni tygodnia nie działo się nic ciekawego.
-A w środę? - Spytała, na mój dość tajemniczy początek.
-Cóż, w środę jak zawsze miałam praktyki.
-O, a z kim tym razem?- Powiedziała, pochylając się i biorąc miskę z orzeszkami w swoje dłonie. Czekając na moją odpowiedź, wsadziła jednego do buzi.
-Z... One Direction. - Powiedziała spokojnie. Klaudia momentalnie przestała robić cokolwiek, rozszerzając swoje oczy z sekundy na sekundę coraz bardziej. Nagle zachciało mi się śmiać, nie zapomniany widok. 
-Powtórz kurwa, bo chyba się przesłyszałam.
-Dobrze usłyszałaś i dobrze zrozumiałaś. Byłam na sesji zdjęciowej One Direction.- Powiedziałam i kiedy nagle usłyszałam krzyk, zamknęłam oczy, czekając, aż nie zbyt przyjemny odgłos krzyku Klaudii zniknie. Kiedy otworzyłam oczy i skierowałam wzrok w kierunku komputera na monitorze nie zobaczyłam nic innego, tylko krajobraz jej pokoju.
-Klaudia? -Nic.
-Klaudia, jesteś tam? -Nic.
-Halo? -Nic.
-O mój Boże. Klaudia, żyjesz? - Nagle zobaczyłam załzawione oczy Klaudii i ją samą.
-Mój Boże! Hope, widziałaś naszych chłopców- Powiedziała zaskakująco spokojnie. „Naszych...?"
-Co masz na myśli mówiąc „naszych" chłopców?- Spytałam.
-Od zawsze miałam nadzieję i wiedziałam, że w końcu do nich wrócisz.
-Czekaj, czekaj, czekaj! Klaudia, ja nie jestem znów ich fanką. Po prostu byłam na ich sesji... -Zniżyłam głos do minimum i kontynuowałam. -  rozmawiałam z nimi i Harry podwiózł mnie do domu.
-Co tam szepczesz?- Spytała.
-Nie, nic.
-Powiedź to normalnie.
-Nic nie mówiłam!
-Powtórz,
-Nie!
-Tak, powtórz!
-ROZMAWIAŁAM Z NIMI I HARRY PODWIÓZŁ MNIE DO DOMU. - Wykrzyczałam.- Ja.. Um.. Przepraszam. Przepraszam, że krzyczałam, Klaudia. - Ona dobrze widziała jaki mam stosunek to większych krzyków. Nie cierpiałam ich. Bałam się ich...
-W porządku, Hope. Ja... wow... po protu to dość sporo do ogarnięcia.
-Ta, wiem. Ale to jeszcze nic. Rano zadzwoniła do mnie Louis i spytała czy (...)- Odpowiedziałam jej cały wczorajszy dzień, z każdym szczegółem. Przed nią nie mam większych tajemnic. Wiem, że nikomu nie powie... bo niby komu miałaby? Ufałam jej na tyle, żeby powiedzieć co mnie męczy, cieczy itp.- No i po tym jak Harry wyszedł i moja matka cudem się ze mną nie pokłóciła po prostu weszłam do swojego pokoju i poszłam spać.
-Dziewczyno... -Przerwał jej dźwięk, który był znakiem, że ciasto w piekarniku jest już gotowe. Zeskoczyłam z lady, obeszłam kuchenny blat i wyjęłam, przy pomocy szmatki, blachę z piekarnika. Położyłam ją w odpowiednim miejscu, żeby tylko się nie oparzyć.
-Mów dalej, ja cały czas słucham. -Powiedziałam, patrząc bez siebie. Monitor laptopa nadal znajdował się na przeciwko mnie, lecz był trochę dalej ode mnie.
-Masz wielkie szczęście, Hope. Chcesz go jeszcze zobaczyć?- Spytała, gdy ja akurat schyliłam się po patelnię. Sama nie wiem co jej odpowiedzieć. Czy chce jeszcze zobaczyć Harry'ego? Czy mogę jeszcze zobaczyć Harry'ego? Po kilku sekundach namyśleń wstałam na równe nogi i od razu zobaczyłam pełne troski spojrzenie Klaudii. „Nie muszę się wstydzić. Nie przed nią." Dodałam sobie otuchy w myślach.
-J-ja nie wiem.. Może i chciałabym, ale nie mogę. Ja jestem ZWYKŁA I NORMALNĄ Hope, a on... On podbija świat dzięki jego spełnionym marzeniom. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz